Urozmaicenie
Spotkaliśmy na schodach sąsiadkę z czwartego piętra, której ubiegłej zimy - pomimo śniegu i mrozów - bocian przyniósł dziecko.
- Jak to dobrze, że was widzę - zawołała. - Muszę nakarmić Wilusia i nie ma mi kto pomóc, bo mąż jest w sanatorium.
Zdziwiliśmy się.
- W sanatorium? - powtórzył tato. - Nie do wiary. Przecież to był okaz zdrowia.
Pani zrobiła strapioną minę.
- Pomożecie mi? - spytała.
- Oczywiście - odrzekł ojciec.
W mieszkaniu sąsiadka wyjęła z piecyka butelkę ze smoczkiem i wzięła Wilusia na kolana. Wiluś z miejsca zawył nieartykułowanie. Podeszliśmy bliżej.
- Co mam robić? - wyraził gotowość tato.
- Jakoś urozmaicić mu monotonię jedzenia - odparła mama Wilusia. - Na początek niech pan założy na głowę rondelek, podskakuje i klaszcze.
Ojciec zlustrował rondelek z niechęcią.
- Śmiało - zachęciła go pani. - Bo szkoda czasu. I proszę klaskać możliwie głośno.
Z rondelkiem na głowie tato wyglądał idiotycznie. Sąsiadka po krótkiej walce wetknęła Wilusiowi smoczek do buzi.
- Teraz niech pan biegnie w miejscu i wydaje indiańskie okrzyki - poleciła ojcu.
Z podskoków tato przeszedł w trucht. Dzieciak chwilę przysłuchiwał się jego wrzaskom, po czym plunął kaszką przed siebie.
Ojciec stanął.
- Coś nie tak? - spytał łapiąc oddech.
- Będzie pan musiał zacząć od początku - poinformowała go pani.
- A nie lepiej - powiedziałem - dać małemu w tyłek i przegłodzić do wieczora?
Sąsiadka nawet nie spojrzała na mnie.
- Niech pan tym razem nie krzyczy - powiedziała do taty - ale za to biegnie szybciej, I w ten garnek, co ma pan na głowie, proszę uderzać łyżką. Wiluś lubi takie rytmiczne stukanie.
Ojciec ruszył kłusem. Przez parę minut trzymał ostre tempo, potem jednak zaczął jakby słabnąć.
- Szybciej, szybciej! - dopingowała go pani. - Wiluś zaraz zacznie ciągnąć.
Mały pociągnął. Następnie wypluł smoczek razem z kaszką.
- Nie udało się - stwierdziłem głośno.
Tato dysząc wytarł kuchenną ścierką spocony kark.
- Długo jeszcze? - zapytał.
Pani nie odpowiedziała. Rozważała coś w myślach.
- Wie pan co? - rzekła. - Niech pan w trakcie biegu uderza łyżką w garnek i równocześnie powiewa nad głową tą ścierką, którą pan trzyma w ręce. Niech pan też spróbuje podnosić wyżej kolana.
Ojciec spróbował. W sekundę później stracił równowagę i grzmotnął o ziemię, aż zadzwoniły naczynia kuchenne.
- Znakomicie! - ucieszyła się mama Wilusia. - Nasz skarb wypił pierwszy łyczek! Czy może pan to powtórzyć? Tato usiadł na podłodze. Poszukał wzrokiem sąsiadki.
- Z przyjemnością to powtórzę - wyszeptał słabo - ale raczej innym razem. Chwilowo nie czuję się na siłach.
Wolno zwlókł się z podłogi i pokuśtykał do wyjścia.
Fakt, że mąż pani sąsiadki przebywa w sanatorium, przestał nas dziwić.
|